Konkurs recytatorski

6 maja 2014 r. w Żuławskim Parku Historycznym odbył się VI. Finał Powiatowego Konkursu Recytatorskiego "Dzieci i młodzież recytują poezję o tematyce patriotycznej, wojennej i obozowej". Współorganizatorem konkursu było Muzeum Stutthof.

Wśród deklamowanych przez młodzież utworów znalazły się elementy twórczości literackiej więźniów KL Stutthof. Były to m.in. wiersz napisany przez więźnia KL Stutthof Wiktora Ostrowskiego "Poezja i sweter" oraz fragment prozy z książki "Las bogów" Balysa Sruogi.

Jury, w składzie Marzena Bernacka-Basek, Joanna Cybulska i Wirginia Węglińska, wyłoniło zwycięzców w dwóch kategoriach:

Szkoły podstawowe:
1. Przemysław Urbaniak – Szkoła Podstawowa nr 2 w Nowym Dworze Gd.
2. Wiktoria Krasowska – Szkoła Podstawowa nr 2 w Nowym Dworze Gd.
3. Michalina Grudzińska – Zespół Szkolno-Przedszkolny w Drewnicy

Szkoły gimnazjalne:
1. Marcel Barra – Gimnazjum w Mikoszewie
2. Julia Zwolicka – ZS w Sztutowie
3. Dominika Wasiak – ZS nr 1, Gimnazjum Sportowe w Nowym Dworze Gd.

W kategorii szkoły ponadgimnazjalne nie wyłoniono zwycięzcy.

Laureatów konkursu można było wysłuchać podczas uroczystości w 69. rocznicę wyzwolenia KL Stutthof. Kolejna edycja konkursu odbędzie się w przyszłym roku.

(ww)

Wiktor Ostrowski "Poezja i sweter"

Obiecanka-cacanka i radość głupiemu,
Obiecać – nie dotrzymać – to po kobiecemu.
Gdy za kupę wierszydeł, romansów i pieśni -
Sweter przyobiecano przysłać jak najwcześniej,
Cieszył się z obietnicy przedwcześnie poeta,
Zapomniawszy, że drugą stroną jest kobieta.
Zgasły promienie słońca. Trzeba stać na zimnie.
Trzęsie się ten poeta, który stoi przy mnie.
A tutaj nie ma swetra – cóż zrobisz, biedaku?
Wiatr dmie przez marynarkę, jakby wiał w przetaku
Płomienne serce nikogo jeszcze nie ogrzało,
Cierp więc, kiedy kobiecie wierzyć ci się chciało.

Balys Sruoga, "Las Bogów", rozdział "Dola Umarłych"
– Hej, wy profesory, adwokaty, księża, prokuratory!– wrzeszczy pisarz blokowy, Toni Fabro.– Hej, wy śmierdziele, inteligencja! Stawajcie pod płotem, z prawej strony!
Stajemy pod płotem z prawej strony. Toni wścieka się.
– Hej, mordy świńskie, zbierać trupy! Wynoście z korytarzy i składajcie pod lazaretem. Tylko uważać, nie upuścić, bo żebra wam połamię!
Nie odmówisz takiej prośbie. Idziemy po nieboszczyków. Brrr… Wstrząsa mną. Bo jakże tak: poeta, liryk – i do noszenia trupów…
– No, czego się ociągacie, gnojki. Zabierać się do roboty. Żywo!– ryczy z pianą w ustach toni Fabro.
– Przyzwyczajcie się. Za miesiąc inni będą was nieśli.
Kto wie, czy jego usta nie mówią prawdy?... Czy tak nie będzie. Wzdychasz i chwytasz trupa za nogi. Ale jak go nieść?... Straszydło sine, zimne, poczerniałe… I białe wszy. Pełno ich na odzieży zmarłego. Nie zdążyły przepełznąć z trupa na żywych, gonią teraz na wszystkie strony, jak owieczki poszczute psem. Zachęcani pałą, rzucamy się gorliwie do noszenia umarłych. Niektórzy zabierają się w czwórkę do jednego, na każdego przypada po jednej nodze lub ręce. Martwy sunie w powietrzu, czasem tylko, niechcący, obsunie się w kałużę. Co robić– taka jest dola umarłych. Zresztą czy mu teraz nie wszystko jedno? Dzisiaj niesie go czwórka, a mnie być może powleką jutro za jedną nogę… Nie wypada nawet nieboszczykowi obrażać się za takie drobiazgi.
Ja się źle urządziłem. Na mnie i na kalwinistę Jonasa przypadł jeden umarły. Jonas zarzucił korpus nieboszczyka na swoje szerokie plecy, a ja zaprzągłem się do nóg, jak do pługa.
Po drodze nasz umarły westchnął. Głęboko, żałośnie, głucho.
– Cóż to! – oburzył się mój przyjaciel Jonas. – Wzdychasz sobie, przyjacielu? Zmarłeś, to zmarłeś – zachowuj się należycie, jak przystoi nieboszczykowi. Nie stękaj, na Boga. Niesłychane, żeby umarły stękał.
Przeszliśmy dalsze trzydzieści kroków. Nasz nieboszczyk otworzył nagle oczy i wyszeptał:
– Zrozumcie, mnie bardzo niewygodnie, duszę się. Przyjaciele, puśćcie mnie. Ja już lepiej sam pójdę…
Patrzymy z Jonasem na niego i nie możemy się nadziwić. Nieboszczyk rozmawia? Porusza wargami, przewraca białkami oczu. Chudy jak szkielet, skóra i kości.
Pogadując z „nieboszczykiem” zanieśliśmy go do lazaretu.
Pod oknami na śniegu czerniły się rzędy trupów. Niektórzy mają szeroko otwarte oczy, inni zamknięte. Na gołych ciałach, na piersiach i na brzuchach widnieją numery napisane chemicznym ołówkiem, zupełnie jak na pocztowych przesyłkach. Z niektórych trupów nie ściągnęli jeszcze odzieży. Ten i ów mruga i ziewa, rozprostowuje rękę lub nogę, kilku siedzi na śniegu, wodząc wokoło obłędnym wzrokiem.
Ciężko ci na sercu, kiedy widzisz przed sobą takiego "trupa", a udawać, że go nie widzisz, jeszcze trudniej. Pozostawiwszy "umarłych", z nisko opuszczonymi głowami poszliśmy z Jonasem spełniać nasze obowiązki. Ponure myśli męczyły nas. nie mogliśmy zapomnieć "nieboszczyków"
z nieprzytomnym spojrzeniem siedzących na śniegu. Lecz cóż można zrobić? Znalazłszy bardziej ustronne miejsce, z dala od oczu funkcyjnych, schowaliśmy się, zaczęliśmy podglądać, co będzie dalej. Co się stanie z tymi najnieszczęśliwszymi z nieszczęśliwych.
Ktoś głośno wymówił słowo "mama", ktoś usiłował powstać, lecz runął znowu jak podcięty, żeby po chwili pełznąć przez dziedziniec. Pełznie cicho, bez jęku, jakby nic mu nie dolegało, jakby spieszył załatwić jeszcze coś bardzo ważnego, czego do tej pory nie zdążył uczynić.
Idąc w ślady pierwszego, ruszył drugi, trzeci…
Umarli, a jednak chcą żyć. O miłości bliźniego, o humanizmie napisano wiele książek… Bzdury to wszystko. Nie warto czytać.

Galeria zdjęć